Ale w tym roku również i w tym terminie Ukraińcy nie będą mogli tak jak zawsze celebrować swoich tradycji - ani ci, którzy walczą teraz o przetrwanie w skąpanej w ogniu i krwi ojczyźnie, ani ci, którzy uciekając, schronili się za granicą i każdego dnia zamartwiają się o swoich bliskich… W tym wydaniu tygodnika na naszą prośbę o tym jak wygląda Wielkanoc u naszych wschodnich sąsiadów, opowiadają kobiety mieszkające w Centrum Aktywizacji Wiejskiej w Choruli.
Jest ich cztery. To Vira Fenczak z Mukaczeva (Zakarpacie) oraz trzy mieszkanki Charkowa – Walentyna, Tatiana i Karina - które nie chcą, by podawać ich nazwiska, bo ich mężowie walczą teraz w ukraińskiej armii i one zwyczajnie boją się ujawniać jakichkolwiek informacji, które mogłyby pomóc je zidentyfikować. Walentyna, Tatiana i Karina znały się wcześniej i przyjechały razem. Vira przyjechała dwa tygodnie wcześniej. Los połączył je i teraz mieszkają razem w dużej sali CAW razem z dziewięciorgiem dzieci w wieku od 3 do 17 lat. Na sali ustawiono łóżka i długi stół z krzesłami, przy którym jedzą posiłki. Mają wspólną kuchnię i pralkę, jest trochę tak jak na letniej kolonii, ale nastroje są zgoła inne.
Te kobiety i ich dzieci uciekły przed okrucieństwem wojny w obawie o życie i zdrowie. Jak mówią, są tu „na chwilę”. One w większości są przekonane, że wojna skończy się szybko i będzie można wrócić na Ukrainę. Najbardziej wierzy w to najmłodsza 33-letnia Karina:
- Ten koszmar musi się szybko skończyć – mówi żarliwie. - Jak tylko powiedzą, że jest porozumienie, ja mam spakowaną torbę, siadam choćby i na rower (rowery uchodźcy w Choruli dostali od darczyńców – przyp. red.) i wracam odbudowywać mój kraj. Do męża, do rodziców, do rodzeństwa. Oni tam wszyscy zostali.
- A ja już nie wrócę, nie ma do czego wracać – 37-letnia Vira ma mniej optymizmu. – Ukraina jest zniszczona, a będzie jeszcze bardziej. Szukam pracy, jak ją tylko znajdę, będę mogła wynająć jakieś małe mieszkanko, tu chcę ułożyć sobie życie. Umiem trochę po polsku, już tu wcześniej przyjeżdżałam do pracy…
Tatiana i Walentyna smutno milczą. Nie wiedzą, jak będzie, ile może potrwać wojna, jak będzie wyglądać Ukraina. Jak będą dalej żyć?
- My codziennie przeglądamy na telefonach informacje, co się tam dzieje, codziennie dzwonimy, piszemy, czasem potem płaczemy – mówi 36-letnia Tatiana i pokazuje na przeglądarce w telefonie zdjęcia i filmy z Charkowa: ruiny domów, zniszczony rynek, wyburzoną do połowy galerię handlową, gdzie robiła zakupy, płonące wieżowce na osiedlu…
- Tak teraz wygląda moje miasto – wzdycha. – Nie ma tam nas, ale wiemy, co tam jest. Jest strasznie.
Szczegóły w aktualnym wydaniu Tygodnika Krapkowickiego z 12 kwietnia - e-wydanie dostępne tutaj.
Napisz komentarz
Komentarze